Na pomysł wyprawy wpadłem przeglądając w internecie strony rowerowe. Trochę poczytałem o Ukrainie, zaproponowałem chłopakom i okazało się że pomysł może być. Największe obawy mieliśmy o zwyczaje panujące na Ukrainie, naczytaliśmy się zwłaszcza że to państwo policyjne, wszędzie czepiający się o byle co policjanci po to żeby wyłudzić łapówkę, duże problemy z przekroczeniem granicy, problemy z przewożeniem rowerów pociągiem itd. Jak zwykle okazało się że nie we wszystko trzeba wierzyć i najlepiej sprawdzić samemu. Tradycyjnie nie robiliśmy żadnych planów którędy będziemy jechać, założenia były tylko takie że dojeżdżamy do Przemyśla pociągiem, z Przemyśla do Odessy rowerem, wracamy pociągiem z Odessy do Lwowa i z Lwowa do Przemyśla rowerem. Poniżej mapka trasy i opis co nas spotykało po drodze.
Tym razem PKP nie zawodzi, pociąg z Kalisza odjeżdża punktualnie. W drodze do Wrocławia udaje mi się jeszcze naprawić lampkę przednią i dopompować koła. We Wrocławiu czekają już Zbyh z Żukiem i Rafał, stary kumpel z pracy na poczcie który przyjechał zobaczyć sie z nami przed wyprawą. Kupujemy coś na drogę, pożegnanie z Rafałem i do pociągu. Jest też przedział rowerowy więc nie jest najgorzej. Okazuje się jednak że rowerów jest znacznie więcej niż miejsc i robi się bardzo ciasno, ale jakoś dajemy radę i udaje się zapakować wszystkie rowery. W pociągu spotykamy parę rowerzystów, byli w Alpach a teraz prosto z wakacji jadą jeśli dobrze pamiętam do Jarosławia na wesele. Zgadujemy się także że oboje pochodzą z Kalisz, a teraz mieszkają w Poznaniu. Niestety piwa nie wystarcza na całą noc i po dosyć męczącej podróży na korytarzu o 7 lądujemy w Przemyślu. Zaczynamy.

