
Robimy zakupy, w międzyczasie zaczyna padać na dobre i postanawiamy przeczekać. Jemy, pijemy, a Dziuk ze Zbyhem kleją dętki.
Deszcz pada ciągle i koło południa postanawiamy jednak jechać. Ciągle górki, jesteśmy mokrzy i na zjazdach jest bardzo zimno. Psychika nam trochę siada i chyba gdzieś po drodze trochę poprawiamy sobie nastrój.

Leje ciągle, cały czas jedziemy w kurtkach, zresztą kompletnie przemoczonych. Długie i strome podjazdy po kilka kilometrów, kilka razy prowadzimy rowery ale za to widoki coraz lepsze. Jedziemy z prędkościami 7-12km/h.


Chyba najdłuższy i najcięższy podjazd na tej wyprawie.





