Zapraszam również na strony moich synów: Cypriana i Bartosza
 

Strona Główna

Dzień Pierwszy

Dzień Drugi

Dzień Trzeci

Dzień Czwarty

Dzień Piąty

Dzień Szósty

Dzień Siódmy

Dzień Ósmy

Dzień Dziewiąty

Dzień Dziesiąty

Dzień Jedenasty

   

Rano jeszcze boli Zbyha brzuch więc nie jedziemy, a że wreszcie porządnie grzeje słonko i jest strumyk w pobliżu,  suszymy się i pierzemy ciuchy. Zbyh robi dwa bronki i brzuch przestaje boleć. Wjeżdżamy do Węgier. Zaczynają się pola słoneczników.

 

 

Co robia?

 

Dziuk żegna się ze swoją oponą.

Węgrzy mają zwyczaj stawiania zakazów poruszania się dla rowerów. Żeby ominąć taki zakaz i jakąś główniejszą drogę pakujemy się w drogę oznaczoną na mapie jako szara kreska. Jak zwykle w przypadku takich dróg błądzimy i musimy pytać o drogę, a na Węgrzech nie jest to takie proste. Droga zaprowadza nas do strasznie zapadłej wioski wśród gór gdzie mieszka kilku Rumunów lub Cyganów. Tam też próbujemy zapytać o drogę. Ze skutkiem mniej więcej takim samym jak wcześniej. W końcu lądujemy na polnej drodze, a z mapą nie zgadza się już nic. Wiemy tylko że mamy jechać na południe i tego się trzymamy. Odludzie i wkoło poza polami nic nie widać. Droga zamienia się w coraz większe bagno tak że nie można przejechać. Rowery mamy oblepione błotem o grubości kilku centymetrów. W końcu dojeżdżamy do kopalni gliny i jakiejś glinianki. Doprowadzamy tam rowery do jako takiego porządku. W końcu dojeżdżamy do cywilizacji i na dodatek w miejscu w którym chcieliśmy:). Z nawigacji szóstka. Ciężki dzień, w tych polach tracimy mnóstwo czasu i nie zdążamy już kupić nic do jedzenia. Na szczęście udaje nam się zaopatrzyć w gospodzie w bronki. Na kolacje mamy tylko chleb i czekoladę. Smakuje jak Nutella.  Rozbijamy się przy polu słoneczników.