
Śniadanie jemy na przedmieściach Budapesztu na jakimś blokowisku.
Wszystko można powiedzieć o Budapeszcie, ale nie to że jest przyjazny dla rowerzystów. Wszędzie półmetrowe krawężniki. W mieście straszny upał i po godzinie przebijania się przez miasto mamy go już trochę dosyć, tym bardziej że miasto jest ogromne i ciągle nie widać centrum.

Stare miasto ciągnie się kilka kilometrów, dookoła pełno starych kamienic większość jednak nie odnowiona.

My jak zwykle bez przewodnika czy czegoś podobnego jedziemy na czuja. Po mniej więcej dwóch godzinach dobijamy w końcu do Dunaju.


Chętnie napilibyśmy się piwa na Dunajem, ale ceny masakryczne i szybko rezygnujemy:).
Ja idę kupić kubek dla mojej kochanej żonki a Zbyh robi kilka artystycznych zdjęć:





Przejeżdżamy na druga stronę Dunaju. Kilka fotek z drugiej strony:



Ponieważ ciągle jest bardzo gorąco na zakończenie pobytu w Budapeszcie kupujemy w spożywczaku po dwa piwka i obalamy je w parku.
Późnym popołudniem wyjeżdżamy z Budapesztu i znowu przepychamy się z samochodami. Do końca dnia robimy ponad 100 kilometrów. Wreszcie jest trochę po płaskim, ale zdażają się ciężkie podjazdy taki jak ten po którym robimy sobie zdjęcie:) :

Znowu mamy problem ze znalezieniem miejsca do rozbicia. Wieczorem robi się straszna duchota, rozkładamy tylko sypialnie bez tropików.

